Firma, chcąca używać wolnego oprogramowania, skuszona jest jego darmowością, właśnie otwartością i możliwością dostosowywania do swoich potrzeb. Aby je dostosowywać, musi zatrudnić programistę. Ten, forkując jakiś program, najczęściej musi przy każdym wydaniu wykonywać coraz więcej pracy, dostosowując nowszą wersję do własnych modyfikacji. Aby tego uniknąć, stosuje się manewr polegający na podsyłaniu modyfikacji twórcy. Jeśli zostaną włączone do głównego drzewa, świetnie. Najczęściej taki programista jednak otrzymuje dostęp do systemu utrzymywania treści CVS, SVN czy innego Gita, i tam przeprowadza swoje modyfikacje w porozumieniu z opiekunem. Często on sam nim zostaje. Dlatego w jądrze mamy tylu programistów z wielkich zewnętrznych firm. Skoro IBM wypuszcza laptopa i chce, żeby on działał pod Linuksem, musi sobie napisać sterowniki. Więc pisze i je utrzymuje. Podobnie oracle, jeśli chce mieć działającą bazę danych, musi zajmować się udrażnianiem podsystemów I/O i wielu innych rzeczy. Tym sposobem Linux staje się coraz bardziej komercyjny i szarpany na różne strony przez prywatne potrzeby firm. Na szczęście ten model rozwoju, z pewnymi minusami, generalnie sprawdza się także dla użytkowników. Warto jednak zauważyć, że ci ostatni mają mało do powiedzenia przy jądrze. Zdecydowanie jednak więcej niż w Windows.